Muzyczne niebo Anny
Dana Parys-White
© Dana Parys-White, July 2008
Publicystyka Publications
Balans ró?nych miar
Per?a Atlantyku
Wierszowanie jak szukanie przyjaciela
Czas ?ycia to czas mi?o?ci
To kwestia weny
Dana Parys-White Czas ?ycia to czas mi?o?ci / Dziennik Polski, Londyn, czerwiec 2008Kiedy sko?czy?am czyta? opowie?? Jana St?pnia, ?Czas mi?o?ci?, cisza w domu zalega?a ju? po k?tach, a zegar wybi? w?a?nie drug? w nocy. Od czasu do czasu wpada mi bowiem do r?ki ksi??ka, która pachnie organiczn? ?ywic?, wi?c czyta si? j? od deski do deski. Tak jest z regu?y w wypadku ksi??ek dotykaj?cych ma?ych spraw, które okazuj? si? wielkie. Kiedy autor, swoj? prostot? i niewiarygodn? uczciwo?ci? przekazu, porusza najczulsze miejsca serca i sumienia. Jan St?pie? ju? od dawna interesowa? mnie jako nietuzinkowa posta? ?wiata literatury i sztuki. Cz?owiek, który wychodzi z narzucanych spo?ecze?stwu ram, by pokaza?, ?e warto jest cho?by od czasu do czasu rozprostowa? swobodnie ko?ci i zdj?? klapki z oczu, by poszerzy? zakres widzenia. W jego prostych, ale jak?e wymownych rysunkach mo?na odnale?? g??bokie i wa?ne tre?ci, a jego proste formy literackie cechuje subtelna wielowarstwowo??. Bo sztuk? jest pisanie w taki sposób, by ka?dy móg? odnale?? w niej co? dla siebie i zaspokoi? swój literacki apetyt. Ten artysta ho?duje sztuce organicznej, nie ska?onej uk?adem czy umow?, nie zas?ania taktownie wstydliwych miejsc naszego bytu, wr?cz przeciwnie. Odkrywa je bezpruderyjnie. Chocia?by, kiedy rozwa?a problem eutanazji w swojej sztuce teatralnej pt. ?Ból?, zaprezetownej ostatnio w Laboratorium Dramatu w Warszawie. Czy te?, kiedy pisze o kobiecym onani?mie, który nawet w czasach wspó?czesnych wci?? wydaj? si? tematem spod lady. Bo, jak powtarza Jan: ?To czego nie widzimy, nie znaczy ?e nie istnieje?.?Czas mi?o?ci? to najnowsza ksi??ka prozatorska Jana St?pnia zadedykowana str?canej cz?sto do lamusa fazie ?ycia, kiedy zaczyna si? wiek emerytalny. G?ówna bohaterka tej opowie?ci to samotna bibliotekarka, Maria, która nie potrafi sobie poradzi? ze swoim zdegradowanym pu?apem spo?ecznym ? emerytur?. A ta wybija si? pi?tnem na jej psychice i biczuje jej umys?. Presja spo?eczna naszego wysoce cywilizowanego ?wiata pozwala jej na tym etapie zaj?? si? co najwy?ej pieczeniem bab dro?d?owych, dzierganiem swetrów, przyrz?dzaniem konfitur i wydawaniem swoich ostatnich oszcz?dno?ci na zachcianki córki, zi?cia i wnuczki, czekaj?c cierpliwie na ?mier?. Tylko ?e Maria nie ma ochoty na powolny spacer w nico??. Czuje si? wci?? pe?nowarto?ciowym cz?owiekiem i nie chce pogodzi? si? z narzucan? jej przez spo?ecze?stwo rol?. Autor bardzo przejrzy?cie rysuje ?wiat psychicznego konfliktu Marii mi?dzy w?asnymi odczuciami a poczuciem obowi?zku. Czy cz?owiek musi zawsze siedzie? w swoich metrykalnych ramach i akceptowa? teori?, ?e jest czas na zabaw?, potem na kochanie, a potem ju? tylko na ?mier?? Czy poszczególne fazy ?ycia wykluczaj? si? wzajemnie? Czy nie wolno si? szale?czo zakocha?, kiedy siwiej? w?osy? Czy nie wolno szuka? swojego szcz??cia po odci?ciu kuponu emerytalnego? Wszak poszukiwanie szcz??cia, spe?nienia i prawdziwej mi?o?ci jest rzecz? jak najbardziej ludzk? i naturaln?. Tak zreszt?, jak i ?mier?, która towarzyszy nam od momentu urodzenia, a któr? nieustannie odpychamy od siebie, bo si? jej boimy. Dlatego Maria równie? kluczy ?cie?kami z?udnych nadziei na to, ?e jej nie dosi?gnie, ?e o niej zapomni i pozwoli cieszy? si? ziemsk? wieczno?ci?. Z drugiej strony doskonale zdaje sobie spraw? z tego, ?e fizycznej wieczno?ci nie ma, a duchowa jest zbyt niezrozumia?a dla ludzkiego umys?u, by mog?a stanowi? oparcie i nadziej?.?Czas mi?o?ci? to nie tylko rozwa?ania na ten temat. Mi?o??, w swoim szerokim i uniwesalnym znaczeniu, jest tu pod?o?em do dyskusji o relacjach mi?dzyludzkich. G?ówna bohaterka wytyka politykom bezduszno?? i oboj?tno?? na krzywd?. Nie godzi si? na spo?eczne pi?tnowanie cz?owieka za jego nieszablonow? orientacj? seksualn?. Nie akceptuje rozlewaj?cego si? jak plaga konformizmu, czysto materialnej konsumpcji ?ycia i braku bezinteresownych kontaktów mi?dzy lud?mi. W tej ksi??ce urzeka równie? forma przekazu. Brak autorytatywnego palca w górze i negatywnych emocji, które przecie? cz?sto towarzysz? wszelkim literackim polemikom, jest te? odzwierciedleniem podej?cia do ?ycia samego autora. Jan, w swej równowadze i symbiozie ze ?wiatem, przyjmuje raczej rol? wnikliwego obserwatora, pozwalaj?c czytelnikowi na w?asne wnioski i oceny.Tych, którzy znaj? posta? Jana St?pnia, nie zdziwi tematyka tej opowie?ci. Bo Jan pisz? o sprawach, które inni wdzi?cznie pomijaj?, gdy? s? nieestetyczne, nieschludne, zbyt chropowate, zbyt dra?liwe, nie mieszcz?ce si? w etyce dulszczy?nianej moralno?ci. Dla tych, którzy go nie znaj? zaznacz?, ?e Jan St?pie? to wszechstronny artysta - rze?biarz, poeta, pisarz, dramaturg, rysownik, który postrzega ?wiat wszystkimi zmys?ami i odbija go na papierze s?owem, kresk?, kredk?, glin?. Mi?o?nik, badacz i opiekun otaczaj?cego nas ?wiata. Cz?sto powtarzaj?cy, ?e ?Ziemia jest organizmem ?ywym i nale?y o ni? dba?, a nie niszczy??. Wspólnie z ?on?, Mari? Szyszkowsk?, od lat mieszkaj? w Strzelcach pod Na??czowem, a ich niezwykle pi?kny zwi?zek odzwierciedla symbioz? ?ycia. ?Ona jest dniem, a on noc?; ona ogniem, on wod?; ona powietrzem, on ziemi?? ? tak siebie postrzegaj?. Jak twierdzi Maria Szyszkowska ? filozof, pofesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, autorka ponad trzydziestu ksi??ek: ?Trzeba mie? w sobie odrobin? szale?stwa, by odczuwa? urod? ?ycia, warto zawierzy? w?asnej wyobra?ni. A by? sob?, to istnie? cz?sto wbrew otoczeniu i powszechnie uznawanym warto?ciom.?Mówi?c o Janie jako arty?cie, nie sposób nie wspomnie? o jego wierszach. Jako poetka i zwolenniczka wiersza z tre?ci?, mam wyostrzony smak na tak? w?a?nie poezj?. St?pniowe wersy wyczulaj? zmys?y szczero?ci?, m?dro?ci? i prostot?. S? jak czerwony guzik na ruchomych schodach naszej zautomatyzowanej egzystencji. Wystarczy go wcisn?? i natychmaist poszerza si? nasz horyzont.?Antyhierarchia? z tomiku ??zy ?limaka?W pa?stwie ?limakówpraca zabawa nami?tno?ci si? ?limacz?Wszyscy ?yj? d?ugo i zdrowobo nikt nie jest pierwszyi nikt nie jest ostatni
Dana Parys-White Balans ró?nych miar / Kalejdoskop, Ontario, Kanda, maj 2008B??dzi? jest rzecz? Ludzk?Rzecz? Bosk? ? pozwoli? b??dz?cemu si? zgubi?W piekarniku te?ciów skwiercza?a aromatyczna piecze? wo?owa. Gor?cy Yorkshire pudding na pó?misku przypomina?, gdzie jestem. Sunday rost odprawia? si? co tydzie? niezawodnie, jak niedzielne nabo?e?stwo. Zapyta?am, czy pomóc, cho? zna?am dobrze odpowied?. T? sam? od dziesi?ciu lat: No, darling, thank you, I?ll be alright. Po co ci?gle zadaj? to samo pytanie, skoro znam na nie odpowied?? - pomy?la?am, by zaraz wyja?ni? samej sobie - Bo tego wymaga protokó? dobrych relacji w rodzinie mojego Yorkshiremana. Bo, gdybym nie zapyta?a, dzie? by?by pochmurniejszy i bardziej milcz?cy. Wysz?am do ogrodu, by nie przeszkadza?. Nagle zza ?ywop?otu dobieg? mnie g?os m?odej kobiety: Tea-time, kids! Spojrza?am ukradkiem na u?miechni?t? twarz szczup?ej brunetki z subtelnym zarysem s?owia?skiej ko?ci policzkowej. Córka s?siadki moich te?ciów by?a bardzo podobna do ojca, pana Stasia, który regularnie pojawia? si? przy naszych niedzielnych obiadach w historyjkach i anegdotach mojej te?ciwej. Cz?sto po takich opowiastkach mia?am zwyczajnie potrzeb? wci?ni?cia czerwonego guzika na ruchomych schodach mojej zautomatyzowanej egzystencji, by stan?? na chwil? i pomy?le?.Moi te?ciowie zaraz po ?lubie zamieszkali w ma?ym miasteczku, Brighouse. Ich s?siadem okaza? si? Polak, Maestro Stasha, jak go (nie bez powodu) nazwa?a moja te?ciowa. Jego rodzice osiedli na pó?nocy Anglii zaraz po drugiej wojnie ?wiatowej. Maestro Sta? wydawa? si? zr?cznym czarodziejem w sztuce pokonywania codziennych op?otków. Urodzi? si? w Halifax, ale natur? i serce odziedziczy? po rodzicach, rodem z Mazowsza. Mówi? ?piewaj?co po polsku, wi?kszo?? wolnego czasu sp?dza? w polskim klubie, a jego ?ona, góralka z obrze?y Podhala, i dwie córki zgrabnie wywija?y ho?ubce w klubowej Karolince. Moja te?ciowa bardzo docenia?a to s?siedztwo, cho? nie mia?o ono tradycyjnych znamion. Pan Sta? by? utalentowanym, pomocnym, uczciwym i zabawnym osobnikiem, a jego przydomek ??piewaj?cej z?otej r?czki? stawia? go w rz?dzie rzadkich i cennych okazów gatunku ludzkiego. Czegokolwiek nie dotkn??, wk?ada? w to du?o serca i du?o ?piewu. A jego pi?kny i czysty tenor przesi?kni?ty by? magi? melodii Jana Kiepury, którego uwielbia?. Potrafi? wi?c oczarowa? ciekn?cy kran tak, by si? uszczelni? na dobre, sprowadzi? na w?a?ciw? drog? lu?no prowadz?ce si? dachówki, wymo?ci? ?ciany tapet?, jak at?asowe puzderko, wyleczy? sapi?cy i kichaj?cy samochód, przywróci? ?elazku dusz? czy te? ukróci? rozlaz?e grusze i forsycje tak, by nie w?cibia?y zbyt cz?sto nosa w s?siedzkie op?otki. M?? Jean, Maurice, na pro?b?, by powiedzmy polakierowa? framug? okna, u?miecha? si? zawsze czule i powtarza? jak bezwzgl?dna w swym uporze katarynka, nie wysadzaj?c nosa zza gazety: Zadzwo? po fachowca, moja droga. Ja nie jestem od tego. Rzeczywi?cie, nie by?. By? in?ynierem chemikiem i cho? lakiery mie?ci?y si? w zakresie jego specjalizacji, to wspinanie si? na drabin? - ju? nie. Dobry s?siad Sta? chwyta? wtedy za p?dzel i, zanim te?ciowa zd??y?a wypyta? o koszt i szczegó?y tej robótki, rama okienna po?yskiwa?a w s?o?cu ?wie?utkim lakierem. Kiedy zadowolona bez ?enady wyci?ga?a portfel, on mrucza? pod nosem skr?powany, ?e jako? tam si? kiedy? rozliczymy i zostawia? moj? zdezorientowan? te?ciow? z coraz to wi?kszym d?ugiem wdzi?czno?ci. Bank przys?ug nie by? na Wyspach bankiem powszechnego u?ytku, czy te? powszechnego zrozumienia. Tu raczej dominowa?y czyste, bezkredytowe konta, a s?siedzka za?y?o?? nie mia?a wymiaru materialno-praktycznego, lecz g?ównie towarzyski. Za ka?d? wykonan? prac? p?aci?o si? obowi?zuj?c? stawk? bez wzgl?du na koligacje personalne. To pozwala?o na towarzyskie pogaw?dki przy herbacie, nie obci??one pulsuj?c? dysproporcj? s?siedzkich dywident. Te?ciowa, by da? sobie jako? rad? z t? nietypow? dla niej sytuacj? i nie czu? winy z powodu zwi?kszaj?cego si? d?ugu wdzi?czno?ci, postanowi?a w pewnym momencie otworzy? panu Stasiowi konto w banku i za ka?d? robótk? w jej domu wp?aca?a mu adekwatn? sumk?. W ten to sposób pozby?a si? wyrzutów sumienia, a pan Sta? z?udze?, ?e kiedykolwiek doczeka si? zamiennej przys?ugi od swoich angielskich s?siadów. Pewnego dnia pan Sta? nie pojawi? si? w domu te?ciowej, cho? obieca?, ?e zajmie si? jej gryma?nym odkurzaczem. Zak?opotana, zagadn??a przed domem pani? Stasiowa, cich? i raczej nie?mia??, drobn? brunetk?, która nigdy nie przyjmowa?a zaprosze? Jean na popo?udniow? herbatk?. Te?ciowa zrzuca?a t? ozi?b?o?? s?siedzk? na karb problemów lingwistycznych i nie?mia?o??. Tym razem jednak pani Stasiowa nie spu?ci?a w pop?ochu wzroku na widok Jean. Wr?cz przeciwnie. Patrzy?a jej prosto w oczy. Patrzy?a ?zawo, w napi?ciu, tak, ?e wida? by?o kontury jej zdesperowanej duszy. Nagle wyszepta?a ?ami?cym si? g?osem: ?Staszek jest na szpital, serce ?le. Jest ?le?. Jean czu?a wylewaj?c? si? z ka?dym s?owem strug? rozpaczy pani Stasiowej i swoj? niemoc rozbijaj?c? si? o namacaln? ?cian? mi?dzy nimi. Zrobi?a wi?c odruchowo to, co by?o najbli?sze jej naturze i zwyczajom. Poklepa?a s?siadk? delikatnie po ramieniu i zapewni?a, ?e jest do dyspozycji, gdyby potrzebna jej by?a jakakolwiek pomoc. Chcia?a jeszcze wypyta? o pana Stasia, ale jego ?ona spu?ci?a nagle oczy z wyra?n?, acz nie zrozumia?? dla mojej te?ciowej, rezygnacj? i odesz?a w po?piechu. Jean wci?? nie wiedzia?a, jak nawi?za? ni? porozumienia. Tak? ni?, by chcia?o si? j? zwin?? w k??bek przyja?ni. Cho? nieraz wyci?ga?a do pani Stasiowej r?k?, to jednak zawsze mija?y si? w chybionym u?cisku. Tego dnia, kiedy Maurice wróci? z pracy, oboje pobiegli do szpitala z p?kiem kwiatów i ki?ciem winogron. Przed gabinetem doktora sta?o ju? co najmniej kilkana?cie osób. Niemal wszyscy s?siedzi z ulicy w sprawie stanu zdrowia Maestro Stasha. Zafrasowana twarz lekarza nie zdradza?a nic pozytywnego. Pan Sta? zmar? nast?pnego dnia. Tak zagadkowo, jak zagadkowa by?o jego pi?kna osobowo??, a te?ciowa z bólem w sercu wsun??a pod drzwi za?amanej wdowy kartk? z kondolencjami. Potem uda?a si? do prawnika i przekaza?a informacje o koncie bankowym za?o?onym dla pana Stasia, które to regularnie kredytowa?a przez wiele lat Staszkowych przys?ug na rzecz jej domowego obej?cia. Po paru dniach zapuka?a do ich drzwi jedna z córek s?siadki. By?a nieco zak?opotana. Przekaza?a moim te?ciom, ?e jej mama odmówi?a wzi?cia ich pieni??nej darowizny i ?e to nie jest potrzebne, bo nie s? ?ebraczkami. Zaskoczona Jean wyja?ni?a córce s?siadki pochodzenie pieni?dzy i co zmusi?o j? do za?o?enia konta bankowego dla jej taty. Par? tygodni pó?niej pani Stasiowa przyj??a wreszcie zaproszenie Jean na popo?udniow? herbatk?, a z czasem uprz?d?y nawet ni? na zgrzebny motek przyja?ni. Po tej historii d?ugo zastanawia?am si? nad z?o?ono?ci? natury ludzkiej. Nad tym prostym faktem, ?e cz?sto nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo mo?emy si? ró?ni? w sposobie post?powania i interpretacji w?asnych i cudzych zachowa?. ?e nawet pos?ugiwanie si? tym samym j?zykiem nie gwarantuje jakiegokolwiek porozumienia i cz?sto ka?e nam b??dzi? i wci?? na nowo gubi? si? w g?szczu pochopnych wniosków, domys?ów i ocen. Co? jednak zawsze stanowi niezaprzeczalny ??cznik - potrzeba równowagi brania i dawania, zdrowego balansu w naturze. Nieustanne odwa?anie ziemskimi odwa?nikami w?asnego kalibru wydaje si? wype?nia? ludzkie ?ycie, by, by? mo?e w ten sposób, nada? sens boskim wagom i miarom.
1
2